sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział 10 "Spotkanie"



Margo

- Pokarze ci twój pokój - ruszył w stronę schodów, ruszyłam za nim. 
Otworzył drzwi najdalej od schodów.
- To tu a tam masz łazienkę - wskazał na drzwi kilka metrów dalej - Jak coś jestem w pokoju obok. Dobranoc.
- Branoc- powiedziałam. W głowie mi huczało od długiej podróży. Wzięłam szybki prysznic i zasnęłam w kilka minut w miękkiej pościeli.
 
Obudziły mnie promienie światła, padające na moją twarz. Szlag. Znów zapomniałam zasunąć zasłon. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie jestem we własnym łóżku, ani na sali szpitalnej, gdzie ostatnio budziłam się dość często. Dopiero po chwili intensywnego wpatrywania się w szarą ścianę, w mojej głowie pojawiły się wspomnienia z wczorajszego dnia. Adam. Rozmowa w lesie. Zdjęcie. Oliwer. Kłamstwa. Pieprzone kłamstwa. No cóż muszę ruszyć do przodu. Gniew jest słabością. Zwlokłam się z łóżka i ubrana tylko w za dużą koszulkę na ramiączka, ruszyłam na dół, tam gdzie powinna znajdować się kuchnia. Adam był już na nogach. Stał opierając się o blat i sprawdzał coś na telefonie.
- Hej - przywitałam się.
- Bry - odpowiedział - co chcesz na śniadanie?
- A co mi zrobisz? - zapytałam zadziornie, siadając po przeciwnej stronie blatu na wysokim krześle.
- Zobaczysz - powiedział i odłożył telefon.
- Mówisz, że mogę zaufać ci w aż tak ważnej sprawie - droczyłam się.
- Możesz mi zaufać w każdej sprawie - puścił mi oczko i  otworzył drzwi lodówki.
Chłopak zebrał wszystkie potrzebne składniki i zaczął robić, jak mogę określić po wyciągniętych składnikach omlety. Stał do mnie tyłem, ubrany tylko w spodnie od dresu, więc mogłam przyjrzeć się jego bliznom, wiele z nich było świeżych. Jego ciało było równe poharatane jak moje. Jak każdego innego wojownika. Każda blizna i szrama miała inną historię, kształtowała charakter.
- Czuję jak mi się przyglądasz- mruknął.
- Wybacz - spuściłam wzrok.
- W porządku, w końcu jest na co popatrzeć - zażartował.
- Nie to, żebym nie widziała lepszych - odgryzłam się.
Wypiął mi język.
Po chwili postawił przede mną talerz, ze smacznie pachnącym omletem.
- Smacznego - powiedział - za godzinę przyjedzie tu moja siostra. A no i wysłałem raport do Indry z informacją, gdzie się znajdujesz i z prośbą o zgodą na ewentualne działanie na naszym terenie.
- Dzięki, sama miałam to własnie zrobić - podziękowałam - A i mówiłeś wczoraj, że jeśli chcę, będę mogła poznać mojego brata.  
- Zgadza się - mruknął zamyślony - Zaraz się z nim skontaktuję.
- A i Effy pytała czy masz ochotę, wyskoczyć wieczorem do jakiegoś klubu.
- Może być - zgodziłam się i wstawiłam talerze do zmywarki.
- Kawy? - zapytał brunet.
- Tak - odpowiedziała zdecydowanie - czuję się jak gówno.
- No to wyglądasz trochę lepiej niż się czujesz - zauważył, kładąc nacisk na słowo 'trochę'.
- Potraktuję to jako komplement - stwierdziłam idę się ogarnąć - może wtedy będę wyglądała jeszcze TROCHĘ lepiej.
Wzięłam szybki prysznic, zrobiłam makijaż i ubrałam się w podarte spodnie, i luźną koszulkę z mocno wyciętymi rękawami. Wyglądałam znośnie.
Gdy zeszłam po schodach, zobaczyłam stojącą w salonie wysoką brunetkę. Ruszyła w moją stronę, zdecydowanym krokiem.
- Effy, miło mi cię poznać - powiedziała radośnie. Moją uwagę przykuł, kolor jej tęczówek, takich samych jak u jej brata.
- Margo - przedstawiłam się - chyba. Nie ważne znajomi mówią mi Mo - uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- Adam mi o tobie sporo opowiadał - rzuciła prosto z mostu.
Spojrzałam na szatyna, unosząc brew. Wzruszył ramionami.
- No cóż - powiedziałam - ja o tobie wiem tylko tyle, że jesteś ponoć podobna do mnie.
Spojrzałam na chłopaka. Skrzyżował ramiona na piersi i przewrócił oczami.
Brunetka ruszyła w stronę  dużego stołu na przeciw otwartej kuchni. Nasza kawa już tam stała.
- No więc, jesteś z watahy Indry, prawda? - zapytała, gdy usiedliśmy przy stole.
- Tak - odpowiedziałam.
- Jaka ona jest?
- Surowa - powiedziała.
- Niecierpliwa - mruknął Adam.
- Kiedyś była inna - przypomniałam sobie -  a potem jej wojownik miał wypadek i zaczęła wtedy traktować nas jak obowiązek.
- Link mi o tym opowiadał - powiedziała.
- Linkoln West? - zapytałam.
- Tak, ten - odpowiedziała.
- Jutro mają zostać zaprzysiężeni - mruknął szatyn.
- To gratuluję - ucieszyłam się ich szczęściem to szczególny obrzęd w którym łączy się duszę dwóch wojowników, jest to nasz odpowiednik małżeństwa, tyle że odbywa się bardziej uroczyście i jest  nierozerwalny.
- Oczywiście jesteś zaproszona - powiedziała.
- Obawiam się, że i tak musiałabym się tam pojawić - spojrzała na mnie zaskoczona - Jest z mojej watahy, a ja jestem ... Betą Indry.
- Przejmiesz po niej władzę, prawda?
- Tak - przełknęłam ślinę.
Spojrzała na mnie z mieszaniną respektu i współczucia.
- Za dziewięć dni mam ślubowanie - powiedziałam i mimowolnie spojrzałam na chłopaka.
Z niezręcznego tematu wyrwał nas dzwonek do drzwi.
- Otworzę - powiedział chłopak.
- Ja muszę się zbierać - stwierdziła Effy  - muszę wszystko na jutro ogarnąć. Zobaczymy się wieczorem.
W tym czasie w drzwiach stanął bardzo dobrze zbudowany chłopak, o blond włosach i zielonych oczach. Przywitał się z Adamem, nie odrywając ode mnie wzroku. Szatyn odchrząknął.
- Oliwer, poznaj to jest twoja siostra Margo. Margo, poznaj to jest twój brat - powiedział.
Przez chwilę patrzeliśmy na siebie nie mając zielonego pojęcia co mamy zdobić. Po chwili chłopak zrobił coś czego się kompletnie nie spodziewała, mocno mnie przytulił.
- Mia - wyszeptał w moje włosy.
- Nikt tak do mnie nie mówi, oprócz ma...   kobiety która mnie wychowywała. Jestem Margo - powiedziałam niezręcznie.
- Rozumiem - powiedział niezwykle głębokim głosem.
- To ja pouzupełniam raporty - rzucił Adam - Mo, pamiętaj, że jesteśmy umówieni na 17 z Effy.
- Okey - spojrzałam na brata.
- Usiądźmy-  powiedział i wskazał na kremową kanapę w salonie.
- Co chcesz o mnie wiedzieć - zapytał, gdy usiedliśmy po przeciwnych stronach.
- Dlaczego dopiero teraz?
- Nie wiedziałem, gzie jesteś i kim jesteś. Pamiętam jak przez mgłę kilka twoich zdjęć w pokoju rodziców. i różowe łóżeczko. Mówili, że nie żyjesz. Potem się rozwiedli a ..
- Kim są nasi rodzice? - jak dziwnie było wypowiadać te słowa.
- Byli właścicielami dużej firmy.
- Jak to byli? - zdziwiłam się.
- Ojciec zatonął na jachcie, kilka lat temu, a matka dwa lata temu została zamordowana. Dopiera jak musiałem ogarnąć ich sprawy majątkowe i odziedziczyłem firmę, notariusz przyniósł mi wszystkie  dokumenty, znalazłem w nich dokumenty adopcyjne kilka twoich zdjęć i  to-  powiedział wychodząc do przedpokoju. Wrócił z drewnianym pudełeczkiem i usiadł obok mnie - Długo wahałem się, zanim zacząłem cię szukać, nie chciałem robić tego na własną rękę. Nie chciałem cię wciągać w ten świat, Zwróciłem się do Nyssy długo trwało zanim raczyła, przydzielić tą misję komukolwiek, więc sprawa stała w miejscu. W tym czasie  Adam zdążył narozrabiać, moje zlecenie było idealną okazją aby go ukarać i odesłać do innej watahy, w okolicy gdzie mieszkałaś, jak udało się ustalić. Był wściekły. Poszukiwanie ciebie okazało się prostsze, niż ktokolwiek się spodziewał. Byłaś pierwszą osobą którą tam poznał i tego samego dnia przyszedł pierwszy raport. Ale ty już wcześniej zostałaś w to wciągnięta.
- Kiedy miałam 6 lat, dokładnie - powiedziałam.
Podał i mi drewniane pudełko, które trzymał w rękach, przez całą opowieść. Otworzyłam je drżącymi rękami. Na wierzchu leżały jasnoróżowe buciki i kawałek mojego kocyka. Pamiętam go, żółty kocyk z obciętym rogiem i pukiel ciemnych włosów. Na spodzie znalazłam kilka zdjęć z mojego dzieciństwa i kilka tych które ktoś musiał im wysłać. Na pierwszym miałam kilaka  miesięcy, trzymał mnie Oliwer, potem na każdym kolejnym byłam coraz starsza,  na ostatnim miałam czternaście lat. Były to moje urodziny. Miałam na sobie czarne spodnie i zieloną bluzę. Uśmiechałam się, Wyglądałam na naprawdę szczęśliwą, w tle młodsza wersja Octavii niosła jakiś napój.
- Jesteś podobna do ojca - powiedział.
- Jaki on był? - zapytałam drżącym głosem.
- Surowy  ale starał się być dobrym ojcem. Był zawsze kiedy go potrzebowałem.
- Ile masz teraz lat?
- 25.
- Ukończyłeś szkolenie? - zadałam mu kolejne pytanie.
- Nie, zwiałem gdy byłem w twoim wieku, tuż przed.
Siedzieliśmy i rozmawialiśmy ze sobą, ąż do godziny 16, wtedy musiałam, zacząć się szykować. Bardzo polubiłam swojego brata. Obiecał, że pójdzie razem z nami do klubu.
Umyłam się, zrobiłam mocny makijaż i ubrałam czarną rozkloszowaną sukienkę i czarne szpilki. Na pasku, na udzie przypięłam pistolet, a na drugim sztylety. Dodatkowo w naszyjniku miałam niewielką dawkę cyjanku, w razie zagrożenia.
Na dole czekał już Adam w czarnej koszuli i spodniach w tym samym kolorze.
- Wow - powiedział i obrócił mnie kilka razy.
- Potraktuję to jako komplement - zaśmiałam się.
- Choć spotkamy się z resztą na miejscu - złapał mnie za dłoń i pociągnął w stronę samochodu.

_______________________________________________________

Hej,
  Pamiętacie mnie jeszcze? To ja Wolfslower. Przepraszam za długą nieobecność. Mam nadzieję, że nie tęskniliście zbyt bardzo. Niestety nie miałam czasu, ani weny, żeby pisać. Do tego zastanawiałam się, czy nie odejść...
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
... jednak jak na razie postanowiłam zostać.
   Mam już plan na nowe opowiadanie, gdyż te chyli się ku końcowi, będzie max 15 rozdziałów.
Zachęcam do komentowania. Rozdział nie sprawdzony, więc jest pewnie 2939370389 błędów, za które przepraszam.
Pozdrawiam,
Wolfslower.

niedziela, 28 lutego 2016

Rozdział 9 "Wycieczka"

\

Margo


-Podszedł do mojego łóżka i kucnął przede mną. W ciemności, nikłe światło księżyca zabarwiło jego czarne włosy na ciemno granatowo.
- Pomyślałem, że nigdy nie zaznałaś prawdziwego życia, takiego jak mają twoje rówieśniczki. Chciałbym cię zabrać gdzieś. Poznałabyś moją siostrę, i  w ogóle inne życie. Za dziewięć dni  twoje ślubowanie, nie...
- Dobrze - przerwałam mu.
- Wyruszamy o świcie - powiedział i mi zasalutował - Dobranoc.
Zasnęłam zaraz po tym jak chłopak wyszedł z mojego pokoju. Spałam spokojnie, jak nigdy w tym domu, miał złe fluidy. Obudziło minie światło słoneczne. Szlag, zapomniałam zasunąć zasłon. Chwile potrwało zanim dotarło do mnie, ze muszę wstać i się spakować. Zgramoliłam się niezdarnie i wyrzuciłam rzeczy które wczoraj pakowałam do torby na środek pokoju, zostawiłam tylko kosmetyczkę, Weszłam do garderoby i spakowałam wszystkie potrzebne mi rzeczy. Do torby wrzuciłam jeszcze dwie książki i poszłam obudzić Adama. Zapukałam w drzwi i nie czekając na odpowiedź wparowałam do pokoju. Chłopak jeszcze spał. Jego karmelowa skóra kontrastowała z bielą pościeli, a czarne loki były rozrzucone po poduszce.
Chamsko rozsunęłam zasłony, a promienie oświetliły jego twarz.
- Dzień dobry, królewno - mruknęłam.
- Bry - mruknął, przecierając oczy - zaraz wyjeżdżamy.
- Może najpierw śniadanie - powiedziałam.
- Świetny plan - powiedział jeszcze zaspany i wstał z łóżka.
Był tylko w szarych  dresach. Powędrował za moim wzrokiem.
- Miałem swoje rzeczy w samochodzie - powiedział i odwrócił się delikatnie. Cały lewy bok miał pokryty tatuażem. Ogromny smok rozciągał się od lewego biodra po bark i ramię. Podeszłam bliżej. Miał idealnie wyrzeźbione ciało.
- Co oznacza?- zapytałam i dotknęłam pokrytej tuszem skóry, nie protestował.
- Jestem trochę tak jak on - powiedział i popatrzył na mnie z  góry.
- Busoro dragọn ahụ*. Myślałam, że jesteś jak lew - powiedziałam zadzierając głowę do góry.
- Nie ja wybierałam to imię. Miałem na myśli to, że jestem niebezpieczny. Palę na popiół wszystkich, którzy zbliżą się dostatecznie blisko.
- Mnie nie spaliłeś - zażartowałam - jeszcze, ale rozumiem przekaz. Jest piękny - westchnęłam i zorientowałam się, że nadal obrysowuję palcem kontury tatuażu - przepraszam mam problem z trzymaniem rąk przy sobie.
- Nie mam nic przeciwko - powiedział - To co, śniadanie i ruszamy?
- Mhm.
Zaszliśmy na dół, oboje jeszcze  piżamach.
- Zostało jeszcze wczorajsze ciasto naleśnikowe. Mogą być znowu naleśniki?
- Jasne - mruknął, sprawdzając coś na telefonie.
Zabrałam się do roboty, szło mi całkiem nieźle, aż do momentu.
- Gdzie jedziemy? - zapytałam.
- To niespodzianka - uśmiechnął się tajemniczo.
Zrobiłam niezadowoloną minę i wróciłam do pieczenia pierwszego naleśnika.
- Auć - wrzasnęłam i zaczęłam wymachiwać prawą ręką. Brunet zerwał się z krzesła.
- Co jest? - zapytał i złapał moją rękę.
- Dotknęłam się patelni -powiedziałam - nic mi nie jest
Westchnął cicho i zaprowadził mnie do zlewu nie puszczając mojej ręki, stanął za mnę i odkręcił zimną wodę. Jego ciało było blisko mojego. Niebezpiecznie blisko. Próbowałam skupić się na zimnej wodzie, oblewającej mój palec.
- Mówiłem ci już, jak bardzo przypominasz moją siostrę? - zakręcił kran.
Odwróciłam się, chłopak jednak się nie odsunął. Jego teńczówki, teraz niemal czarne prześwietlały mnie na wylot. Opar ręce o blat po obu moich stronach i delikatnie się nachylił. W chwili gdy myślałam, że mnie pocałuje zrobił mnę, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody i zrobił dwa kroki w tył.
Okey. Ała. Dopiero teraz zobaczyłam, jak bardzo chciałam, żeby to zrobił.
- To ja dokończę piec naleśniki - mruknął.
Usiadłam na blacie przy płycie kuchennej. Nastał niezręczna cisza. Chłopak piekł naleśniki. Patrzyłam jak pracują jego mięśnie przy każdym ruchu. Wyczuł na sobie moje spojrzenie i spojrzał na mnie.
- Dlaczego? - zapytałam cicho, nie wiedząc jak sformułować pytanie.
- Nie teraz. Nie mogę.  Nie dopóki nie znasz prawdy - wychrypiał.
- Jakiej prawdy? - zapytałam zdziwiona.
Ale nie otrzymałam odpowiedzi. Usłyszeliśmy odgłos przekręcanego kluczyka w zamku.
- Spokojnie - szepnęłam do chłopaka.
Słuchaliśmy kroków z korytarza do kuchni. W progu pojawiła się moja matka. Miała ciemne włosy takie jak moje i zaokrąglone kształty. Była ubrana w czarną prostą sukienkę i jasny kardian.
- Cześć kochanie - powiedziała - Indra dzwoniła do mnie. Mówiła, ze przyjeżdżasz.
- Cześć  mamo - powiedziałam i pozwoliłam się jej się przytulić.
Spojrzała na Adama.
- Mamo poznaj, to jest Adam - powiedziałam.
- Miło mi cię poznać - powiedziała rozpromieniona i wyciągnęła do niego rękę, ignorując fakt, że oboje jesteśmy niekompletnie ubrani.
- Mi panią również - powiedział i pocałował jej dłoń. Była nico zdziwiona tym gestem.
- Cieszę się, ze mogę poznać znajomych mojej córki, nigdy nikogo nie zaprasza - westchnęła - o widzę, że pieczecie naleśniki. Mam nadzieję, że mnie poczęstujecie - świergotała -  Uwielbiam naleśniki. Zaraz wracam - Uśmiechnęła się i wyszła.
Brunet zmarszczył brwi i spojrzał na mnie zdezorientowany. Wzruszyłam ramionami.
- Mo - powiedział.
- Co? - zapytałam.
- Dokończymy tamtą rozmowę w samochodzie, ok?
- Okey -mruknęłam.
- Mo, to naprawdę poważne. Najpierw chcę żebyś wszystko wiedziała, zasługujesz na prawdę - patrzył na mnie poważnie.
Skinęłam głową.
- A co tu taka cisza? - wparowała z powrotem  mama, przebrana w zwiewną spódnice do ziemi i top na ramiączka.
- Tak jakoś - mruknęłam.
- To gdzie moje naleśniki? - zapytała.
Adam podał jej na talerzu naleśniki z wiśniami.
- Rzadko zdarza  się, żeby facet umiał gotować - stwierdziła, patrząc na niego badawczo - Mia to szczęściara. Uuuuum. Z wiśniami, moje ulubione - powiedziała z pełnymi ustami, nie zachowując się ani trochę dorośle.
Chciałam zaprzeczyć, że to tylko kolega ale nawiązałam kontakt wzrokowy z Adamem a on pokręcił głową.
- Mia? - zapytał patrząc na mnie.
- To jej drugie imię. Chciałam ją tak nazwać ale mąż wybrał Margo i nie była w stanie wyperswadować mu tego pomysłu. Jest uparta po ojcu - wróciliśmy na chwilę do jedzenia naleśników.
- Ojciec jeszcze nie wrócił? - zapytała.
- Nie widziałam go od trzech tygodni.
- Typowe - mruknęła.
- Słyszałam, że jesteś chora - powiedziała patrząc na mnie - nie wyglądasz.
- Po prostu przemęczona - powiedziałam - Jedziemy? - zapytałam bruneta, chcąc się stąd jak najszybciej wyrwać.
- Wybieracie się gdzieś? - zaciekawiła się.
- Taak - odpowiedział za mnie brunet - Jedziemy do mnie na kilka dni. Ma pani coś przeciwko?
- Ależ skont, kochanie potrzebujesz pieniędzy? -zapytała.
- Nie mam na karcie.
- Dam ci jeszcze w gotówce.
- NIE potrzebuję.
Spojrzała na mnie zdezorientowana.
- W porządku - powiedziała.
Wstałam od stołu i ruszyłam do swojego pokoju, chłopak zaraz za mną. Po chwili byłam już ubrana w czarną, luźną koszulkę bez rękawów i szare spodnie z dziurami na  kolanach.
Adam w czarne spodnie i ciemnogranatową koszulkę z kilkoma guziczkami pod szyją.
- Gotowa? - zapytał.
- Tak, zabierz mnie stąd.

Po jakichś 10 minutach siedzieliśmy już w samochodzie. odetchnęłam z ulgą, że nie muszę już rozmawiać z rodzicielką.
- Masz fajną mamę - powiedział.
- Niektórzy ludzie nie powinni zostać rodzicami - mruknęłam.
- Ciesz się, ze w ogóle ją masz.
- Tylko na papierku - odcięłam się.
Chwila ciszy.
- Chciałeś porozmawiać - stwierdziłam.
- Tak - powiedział i zjechał na pobocze, wysiadł i otworzył mi drzwi. Posłałam mu pytające spojrzenie. Byliśmy w lesie - Chodź.
Zaprowadził mnie na leśną ławeczkę. Usiadłam z wahaniem i sam usiadł zaraz koło mnie.
- Zamieniam się w słuch - powiedziałam. Chłopak zacisnął usta w wąską kreskę.
- Zastanawiałaś się pewnie dlaczego zostałem przeniesiony. Prawda? - kiwnęłam głową - Zostałem wysłany na misję. Ktoś zapłacił grube pieniądze, żebym cię odnalazł i  miał na ciebie oko. Miałem się do ciebie nie zbliżać, ale nie potrafiłem...
- Więc dlatego się mną opiekowałeś? Bo ktoś ci kazał? - zapytałam, czując jak wzrasta we mnie złość.
- Nie, miałem tylko  cię odnaleźć, sprawdzić czy jesteś bezpieczna, nie zbliżać się.
Prychnęłam ze złością. Kucnął przede mną.
- Opiekowałem się tobą z innych powodów - powiedział patrząc mi w oczy - wierzysz mi?
- Powiedzmy - burknęłam - kto zlecił misję?
Westchnął ciężko.
- Twój brat - powiedział i zmarszczył brwi.
Jak to?
- Nie mam brata - powiedziałam zaskoczona.
Sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wyciągnął z niej zgięte na pół zdjęcie i jakąś kartkę.
Spojrzałam na dokumenty. Na zdjęciu, była dwójka dzieci mała dziewczynka z ciemnymi oczami, wyglądała znajomo i o kilka lat starszy chłopiec o jasnych włosach i zielonych oczach. Oboje mieli podobne rysy twarzy. Z tyłu był podpis Mia i Oliver '99. Wciągnęłam gwałtownie powietrze.
To jej drugie imię. Chciałam ją tak nazwać ale mąż wybrał Margo i nie była w stanie wyperswadować mu tego pomysłu. Jest uparta po ojcu.
- To jeszcze nic nie znaczy - wyszeptałam, zakręciło mi się w głowie.
- Zobacz to - podał mi kartki.
Akt urodzenia i akt adopcyjny. Tak naprawdę mam na nazwisko Allen. Mia Allen.
To jej drugie imię. Chciałam ją tak nazwać ale mąż wybrał Margo i nie była w stanie wyperswadować mu tego pomysłu. Jest uparta po ojcu.
Kłamała. Kłamała przez całe moje życie. W moich oczach pojawiły się łzy. Zsunęłam się na kolana. Adam próbował mnie podnieść ale się osuwałam.
- Jak mogli? Jak mogli mi nie powiedzieć? - szlochałam, pierwszy raz od kilku lat.
- Przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie - szepnął mi do ucha, tuląc moje bezwładne ciało do piersi.
- Taka twoja misja. Misja jest wszystkim - zacytowałam Indrę.
- Nie moja misja się zakończyła kiedy zdałem raport, gdzie i kim jesteś - powiedział, kołysał mnie delikatnie.
Nie wiem ile spędziliśmy w takiej pozycji ale zaczęło mi drętwieć ciało. Otarłam łzy.
- Możemy już jechać - powiedziałam.
- Czeka nas długa droga.
- Mam nadzieję, nie mogę poznać twojej siostry w takim stanie - wsiedliśmy do samochodu.
- Poznasz ją dopiero jutro. Zajedziemy późno w nocy. Masz czas.
- To dobrze. Przepraszam, że się tak rozwyłam.
- Miałaś prawo. To naturalne, że poczułaś się zdradzona. Też bym się wściekł.
- Podziwiam za cierpliwość. Ja bym siebie już wyrzuciła przez okno.
- Lata praktyki - zaśmiał się.
Też się zaśmiałam. Jakby sytuacja z przed kilku minut nie miała miejsca.
- Znasz go? - zapytałam po jakimś czasie.
- Olivera? Tak, jesteśmy całkiem blisko.
- Jaki on jest.
- Ma niesamowity talent do obwiniania się za wszystko.
- To chyba rodzinne - zażartowałam, ale poczułam ból w okolicach serca.
-  Jak będziesz chciała, to go poznasz.
- Naprawdę?
- Mhmm.
Pomyślałam o ślubowaniu. To nie będzie zwykłe ślubowanie. Pozbawią  mnie człowieczeństwa...

Nawet nie  wiem kiedy zasnęłam, oparta głową o szybę. Gdy się obudziłam był już późny wieczór. Resztę drogi spędziliśmy na gadaniu o niczym i śpiewaniu rockowych piosenek z płyt. Zajechaliśmy nawet do PizzaHut.

- Jesteśmy na miejscu - powiedział i wjechał do garażu nowoczesnego wieżowca. Tradycyjnie otworzył mi drzwi i wziął torbę.
Weszliśmy do klarki schodowej i wjechaliśmy windą na 10 piętro. Brunet otworzył jasne drzwi.
- Zapraszam - powiedział i puścił mnie przodem i zapalił światło. Mieszkanie było dwupiętrowe, jasne i przestronne z ogromnymi oknami, zajmującymi całą ścianę.
- Potrzebujesz czegoś? - zapytał.
- Snu - mruknęłam.
- Pokarze ci twój pokój - ruszył w stronę schodów, ruszyłam za nim.
Otworzył drzwi najdalej od schodów.
- To tu a tam masz łazienkę - wskazał na drzwi kilka metrów dalej - Jak coś jestem w pokoju obok. Dobranoc.
- Branoc- powiedziałam. W głowie mi huczało od długiej podróży. Wzięłam szybki prysznic i zasnęłam w kilka minut w miękkiej pościeli. 

 *busoro dragọn ahụ- smok. 
_______________________________________________________________

Hej,
 Dodaję rozdział, który miał pojawić się wczoraj. Bardzo przepraszam za opóźnienia. 
 Co sądzicie o tym rozdziale? I o przeszłości Mo?
 Man nadzieję, że  Wam się jak dotąd tutaj podoba.
Pozdrawiam, 
Wolfslower. 
Odbiór.

Rozdział 8 "Pękają mury"

Margo

- Prosto, później zjedź na autostradę - poinstruowałam. Rozsiadłam się wygodniej w fotelu. Brunet włączył radio. Wsłuchałam się w słowa piosenki My Chemical Romance - Mama.(https://www.youtube.com/watch?v=YUIsCkyxLTk)
- Lubię tę piosenkę - powiedział skupiając się na drodze, jak na razie leśnej i wyboistej.
- Bo możesz się z nią utożsamić, tak jak każdy z nas, prawda? - stwierdziłam.
- Mhmm - mruknął.
- Teraz trzydzieści kilometrów prosto, po tem pokarzę ci odpowiedni zjazd - powiedziałam.
- Twoi rodzice wiedzą, kim jesteś? - zapytał po dłuższej chwili milczenia.
- Po części, a twoi? - zapytałam. Brunet zacisnął usta w wąską kreskę.
- Została zamordowana zanim nas zwerbowano, ojca nigdy nie poznałem - powiedział uporczywie patrząc przed siebie.
W jednej chwil poczułam się jakbym wdepnęła w minę.
- Przykro mi - powiedziałam ostrożnie - Musiało być ci ciężko.
- Mhmm - mruknął, nie chcąc kontynuować tematu. Nastała niezręczna cisza.
- Opowiedz mi o swojej siostrze - powiedziałam, gdy cisza stała się nie do wytrzymania. Brunet rozpromienił się odrobinę.
- Myślę, że byście się dogadały. Jest podobna do ciebie. - powiedział - Silna, odważna, porywcza, piękna i niezwykle uparta. Serio osły przy niej wymiękają.
Parsknęłam śmiechem.
- To dla tego mi pomagasz? - zapytałam opierając się o szybę.
- Nie wiem, może po części - odpowiedział i spojrzał na mnie - A ty masz rodzeństwo?
- Tak, Watahę. Rodzonego nie posiadam.
- Przynajmniej spokojnie śpisz - zażartował.
- Zjedź na następnym zjeździe - poinstruowałam - niedługo będziemy na miejscu.
Nie odpowiedział. Patrzyłam na cienki pasek pomarańczowego światła, ostatni fragment zachodzącego słońca.
- To tamten jasny dom - wskazałam palem na duży  dom, jakieś 100 metrów od nas.
Chłopak zaparkował na podjeździe. Otworzyłam drzwi.
- Wejdziesz? - zapytałam, spojrzał na mnie niepewnie - Nieskromnie mówiąc robię dobre naleśniki - wywróciłam dolną wargę.
- Przekonałaś mnie - powiedział po chwili, wyszedł z samochodu otworzył mi drzwi, następnie wyjął moje torby z bagażnika.
- Jak się czujesz jako mój tragasz? - zapytałam i dźgnęłam go w żebra.
- Odnalazłem swoje powołanie - mruknął sarkastycznie.
Wyjęłam z kieszeni skórzanej kurtki klucze i wpuściłam do środka chłopaka.
- Czuj się jak u siebie - powiedziałam i rzuciłam klucze do kryształu stojącego na szafce z ciemnego drewna.
- Gdzie zostawić twoje bagaże? - zapytał, rozglądając się po pomieszczeniu.
- W moim pokoju - mruknęłam, sprawdzając wiadomości na telefonie - Chodź.
Wspięłam się po masywnych schodach wykonanych z ciemnobrązowego drewna, przeskakując co drugi stopień. Po chwili otworzyłam dwuskrzydłowe drzwi, do beżowego pokoju.
- Witaj w moim królestwie - powiedziałam.
- Przytulnie - powiedział i rozejrzał się po pokoju.
Wszędzie panował artystyczny nieład, porozrzucane były ubrania a większość ścian zasłaniały ciemnobrązowe półki wypełnione książkami. Na ścianie na przeciwko było ogromne okno a przed nim stało dwuosobowe łóżko z ciemnobrązowym tiulowym baldachimem. Na lewo od nas stało pasujące do wystroju masywne biurko.
- Kim są twoi rodzice? - zapytał.
- Ojciec jest sędzią a matka chirurgiem - odpowiedziałam - To co idziemy robić naleśniki?
-Nie jest za późno na kolacje? - zapytał patrząc na zegarek w telefonie, było grubo po dwudziestej pierwszej.
- Na naleśniki nigdy nie jest za późno- powiedziałam.
- No nie wiem, ja już będę się zbierał.
- Adam? -zawołałam za nim.
- Co jest? - zapytał.
-Mógłbyś zostać na noc? - zapytałam wlepiając wzrok w podłogę.
Chłopak spojrzał na mnie i zmarszczył brwi.
-Czyżby dzielna wojowniczka,  przyszła następczyni dowódcy bała się zostać sama w domu? - zapytał lecz w jego głosie nie było ironii.
- To nie do końca tak -westchnęłam - to długa historia -mówiłam nerwowo.
Chłopak zrobił kilka kroków w moją stronę.
-Hej, spokojnie- powiedział łagodnie - Chcesz mi o tym opowiedzieć? Mówiąc nie skromnie jestem dobrym psychologiem - powiedział, po części cytując moje wcześniejsze słowa.
- Ja znam cię dopiero kilka dni - powiedziałam ostrożnie - A nie mówiłam tego nawet Octavii.
- W początku - powiedział - Nie wiem jak ty, ale ja zgłodniałem.
- To chodź do kuchni - powiedziałam.
Po kilku minutach stałam już przy ciemnobrązowym (jak reszta domu) blacie i mieszałam składniki w milczeniu.
- To było ponad dziesięć lat temu - zaczęłam - moi rodzice byli jak zawsze w pracy, zostawili mnie z nianią. Młodą nastolatką ,chciała zarobić na collage. Ktoś do nie z zadzwonił, powiedziała, że wróci za kilka minut i wybiegła z domu - Adam słuchał w milczeniu, marszcząc w charakterystyczny dla niego sposób brwi - Nie przejęłam się tym. Bawiłam się dalej, po chwili usłyszałam huk, jakby coś spadło. Pomyślałam, że to Mary spadła ze schodów i pobiegłam, żeby sprawdzić co się stało. Pamiętam to do dzisiaj - nalałam ciasto na rozgrzaną patelnie - To nie była Mary. W przedpokoju stali mężczyźni w kominiarkach. Jak się później okazało, chcieli zemścić się na moim ojcu. Nim się zorientowałam co się dzieje, było już za późno. W przeciągu kilku minut leżałam już zakneblowana w bagażniku. Policja była bezradna. Szukano mnie kilka tygodni. Kilka długich tygodni, byłam zamknięta w zimnej, brudnej celi. Pewnego dnia w domu moich rodziców pojawiła się Indra. Zaproponowała, że mnie odzyska w zamian za przyłączenie mnie do watahy. Byli w szoku, zgodzili się. Ludzie Indry znaleźli mnie kilka dni później, o krok od śmierci. To dlatego boję się zostawać sama w tym ogromnym domu. - zakończyłam. Podrzuciłam naleśnika obracając go. Brunet patrzył na mnie nieobecny.
-Co się stało z porywaczami? - zapytał po chwili.
- Zostali oddani w ręce policji - odpowiedziałam.
- Sukinsyni - wywarczał.
Nałożyłam kilka gotowych już naleśników na talerz.
- Smacznego - powiedziałam.
- Dzięki  - przyglądał mi się uważnie.
- Przepraszam, nie powinnam ci była tego mówić, pewnie masz większe problemy na głowie. Jak chcesz, możesz wrócić do nory, nie powinnam była cię zatrzymywać - powiedziałam opierając się o zlew.
- Hej- powiedział podchodząc do mnie - możesz mi zaufać -położył mi rękę na ramieniu - a poza tym, wolę siedzieć tu, niż w noże gdzie wszyscy traktują mnie jak intruza. 
- Dzięki - wychrypiałam. 
- Nie ma problemu - puścił mi perskie oczko - Mo, co będzie jak wrócą twoi rodzice ? 
- Spokojnie, nie spotkasz ich na 99℅. Jeśli. wolę wrócą to na kilka godzin w nocy, więc się z nimi miniemy. Pościelę ci łóżko w pokoju gościnnym. I jeszcze raz dziękuję, że to dla mnie robisz - powiedziałam i szczerze się uśmiechnęłam.
- A ja jeszcze raz ci powiem, że nie ma problemu, mała.
- Ej, nie jestem mała - powiedziałam udając obrażoną - A mała to może być tw...
- Jasne, jasne. Chcesz sprawdzić? - drażnił się.
- Chciałbyś - rzuciłam i ruszyłam przodem.
- No, chciałbym - zawołał i ruszył za mną.
- Co powiedziałeś? - zapytałam gwałtownie się odwracając. Chłopak nie zdążył wyhamować.
- Zależy o jaki przedział czasowy pytasz - powiedział, spojrzałam mu w oczy i stanęłam na palcach.
- NIE, JESTEM MAŁA - "wyszeptałam" mu do ucha. Odsunął się gwałtownie.
Szybkim krokiem ruszyłam do gościnnego pokoju i zaczęłam ścielić mu łóżko. Spojrzałam na zegarek, było około północy.
- Łazienkę masz tam - powiedziałam i wskazałam, drzwi na końcu korytarza - Ja idę spać, dzisiaj prawie nie spaliśmy.
- Branoc - powiedział.
- Kolorowych koszmarów - powiedziałam na odchodne i zniknęłam za drzwiami swojego pokoju. Wzięłam prysznic, przebrałam się w piżamę, zgarnęłam paczkę BlackDevilów i wymknęłam się na balkon.
Odpaliłam papierosa, byłam na siebie tak okropnie zła, za to, że otworzyłam się przed Adamem i za to, że pokazałam mu swoje słabości. Nie powinnam ufać nikomu. Nie wiem jak on to robi, ale w jednej chwili pękły wszystkie mury, jakie udało mi się wokół siebie zbudować. Aaaaaaaaaaaaaaaaa nie tak cię uczono Margo. Usłyszałam  pukanie w szybę.
- Hej, chciałem zapytać, czy masz fajki - spojrzał na mojego w pół spalonego peta.
- Nie mam - powiedziałam, drocząc się.
- A to, pójdę zapytać sąsiadów - zażartował. Wyciągnęłam w jego stronę paczkę.
- Dzięki - powiedział z ulgą i usiadł obok mnie.
- Mały głodzik ? - zapytałam.
- Tsaa - mruknął wypuszczając dym.
- A ty nie miałaś iść spać? - zapytał po chwili.
- Miałam, ale musiałam przemyśleć parę spraw.
- Niech zgadnę, jesteś wściekła siebie, że pokazałaś mi swoje słabości i lęki? - odgadł.
- Może - mruknęłam, opierając brodę o kolana.
- Indra nie byłaby dumna - rzucił a kolejny obłok dymu wyleciał z jego ust - Mówiłem już, możesz mi zaufać.
- Ty mi nie ufasz - stwierdziłam gorzko. Nie odpowiedział, zapadła cisza.
- Ufam - przerwał ciszę po dłuższej chwili.
- Ta jasne - mruknęłam.
- Inaczej nie wtajemniczyłbym cię w plan ratowania Liama. Ufam ci, chociaż to absurdalne, bo znamy się dopiero kilka tygodni - patrzył w odległy punkt w przestrzeni. 
Chłopak usiadł po  turecku i zmierzwił mi włosy.
- Do łóżka, mała - powiedział.
- A co to za niemoralne propozycje?
- Nie schlebiaj sobie - prychnął.
- Dobrze, mamo - powiedziałam i weszłam do pokoju, brunet zaraz za mną - Branoc.
Chłopak zatrzymał się w progu moich drzwi, zamyślony.
- Mo? - zapytał i cofnął się o krok.
- Obecna.
- Co powiesz na kilkudniową wycieczkę? - zapytał.
- Co? - zapytałam zdziwiona.
-Podszedł do mojego łóżka i kucnął przede mną. W ciemności, nikłe światło księżyca zabarwiło jego czarne włosy na ciemno granatowo.
- Pomyślałem, że nigdy nie zaznałaś prawdziwego życia, takiego jak mają twoje rówieśniczki. Chciałbym cię zabrać gdzieś. Poznałabyś moją siostrę, i  w ogóle inne życie. Za dziewięć dni  twoje ślubowanie, nie...
- Dobrze - przerwałam mu.
- Wyruszamy o świcie - powiedział i mi zasalutował - Dobranoc.

_____________________________________________________________

Hej kochani,
 Przepraszam, że ten rozdział pojawił się tak późno, dodałam go tydzień temu, ale się nie wyświetlał. Niestety nie miałam czasu naprawić usterki więc dodatkowo dodaję kolejny rozdział.
Pozdrawiam,
Wolfslower.

sobota, 13 lutego 2016

Rozdział 7 "Ka akara aka-agọzi gị, agha."

Margo


Gdy otworzyłam oczy. Mój pokój wypełniało pulsujące czerwone światło. Mogło oznaczać to tylko jedno: alarm.
- Co do cholery? - mruknęłam, niezdarnie wstając z łóżka. Po chwili byłam już w mundurze i pędem ruszyłam do zbrojowni. Korytarze podobnie jak mój pokój rozświetlone były pulsującym czerwonym światłem, a moje uszy były drażnione, przez wysokie dźwięki alarmu. Z pokoi zaczęli wybiegać pozostali. Nikt o nic nie pytał, każdy biegł jednym kierunku. Po tylu latach, nauczyliśmy się niewiarygodnej synchronizacji, nikt się nie przepychał, biegliśmy trójkami po schodach a nasze idealnie zgrane kroki rozbrzmiewały po budynku. Ktoś na początku otworzył drzwi zbrojowni i po kilku chwilach, każdy miał kilka rodzajów broni z jakimi najlepiej się czuł. Ja zarzuciłam na plecy katany, tym razem nie jedną a dwie, złapałam pas ze sztyletami a do uda przypięłam niewielki półautomatyczny karabin, oprócz tego każdy z nas miał przypięty do paska spodni pistolet z którym się nie rozstawał. Znów trójkami pobiegliśmy do dużej hali zaraz obok „bazy” sali nawigacyjnej, gdzie czekała na nas Indra. Cała akcja trwała nie dłużej niż dziesięć minut. Zebrali się wszyscy, oprócz tych którzy mieli zmianę na bazie, patrol, lub byli ranni.
- BACZNOŚĆ! – krzyknęła kobieta. Wszyscy jednocześnie wykonali komendę – Zostaliśmy zaatakowani! Intruzi w sektorach E i F. Odział 1 oraz 2, WYSTĄP. Idziecie do strefy E, pozostali do F. Ka akara aka-agọzi gị, agha*.
Po usłyszeniu rozkazów w zwartym szeregu ruszyliśmy do wyjścia. Ogromne drzwi otworzyły się przed nami. Ukazując las, pogrążony w ciemności. Włożyłam do ucha bezprzewodową słuchawkę Każdy oddział, miał teraz człowieka w bazie, który nas naprowadzał, biegłam pierwsza a zaraz za mną ośmiu ludzi z mojego oddziału w którym dowodziłam, kilka metrów dalej biegła dwójka. Wcisnęłam mocniej słuchawkę i przyciągnęłam do ust drucik z mikrofonem.
-” Oddział pierwszy do dwójki. Słyszycie mnie?” - sprawdziłam czy urządzenie działa.
- „ Tak słyszymy” - odpowiedział głos na naszych słuchawkach. Słuchawkę miał każdy, a;e tylko dowodzący oddziałami mogli się komunikować.
-”Tu baza. Intruzi to najprawdopodobniej nie nadprzyrodzeni Nie przemieszczają się” - usłyszeliśmy komunikat .
- „Oddział pierwszy przyjęłam” - mruknęłam te urządzenia były wygodniejsze od krótkofalówek, ale szybciej traciły zasięg i łatwo było je zgubić. Biegliśmy z cichym tupotem, zgranych kroków w kompletnej ciemności. Każdy z nas znał teren, jak własną kieszeń. Wiem, że Adam ma rację, Liam tu nie przeżyje nawet pierwszego patrolu czy misji ale czy ten plan jest bezpieczniejszy? Szybko przywołałam się do porządku, miałam pełną świadomość, ze ponoszę odpowiedzialność za swój oddział. Zacisnęłam usta w wąską kreskę i nieco przyśpieszyłam.
- „Oddział pierwszy, skierujcie się bardziej na północ. Dwójka na południe. Wejdziecie do akcji jednocześnie, z przeciwnych stron, czekajcie na mój sygnał, zrozumiano?”
-„ Jedynka, przyjęłam”
W pobliżu wyznaczonego miejsca, schowaliśmy się za drzewami i czekaliśmy na sygnał z bazy. Oddychaliśmy ciężko, po szybkim biegu, ale też czuliśmy jak adrenalina płynie w naszych żyłach. 
- "Oddział drugi na pozycji' -usłyszeliśmy.
-"Wchodzimy" - mruknęłam do mikrofonu i ruszyłam przed siebie opuszczając bezpieczne schronienie. Intruzi już czekali. To pułapka-  przemknęło mi przez myśli. Z metalicznym dźwiękiem, wyciągnęłam ostrza, krzyżując je przed sobą. Mieliśmy przewagę liczebną, ale oni byli silniejsi i znacznie szybsi. 
Było ich około 12, ich bezdenne czerwone oczy rejestrowały, każdy nasz ruch, one na nas czekały. Wojownicy tworzyli okręgi wokół intruzów. Znajdowałam się najbliżej przeciwników, w pierwszej linii walki, Moje mięśnie napięte aż do bólu, gotowe do ataku, paliły żywym ogniem. Przestały do mnie dochodzić jakiekolwiek, odgłosy z wyjątkiem szybkiego bicia własnego serca, czułam na szyi gwałtowne pulsowanie. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
Liczyłam, to pozwalało przetrwać mi te niezwykle dłużące się sekundy zanim będę mogła rozładować swoje napięcie. 
Osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia...
Dźwięk wysuwających się kłów pijawek, ich  oczy stały się czarne.
Dwadzieścia dziewięć, trzydzieści, trzydzieści jeden, trzydzieści dwa...
Jeden z nich wykonał gwałtowny ruch.
Rozpoczęło się piekło. 
W jednej chwili powstała plątanina rąk a ostrza mieniące się w słońcu, błyskały groźnie. Nie docierały do mnie żadne głosy. Atakowałam i byłam atakowana. Mięśnie paliły żywym ogniem. Po chwil było już po wszystkim a martwe ciała pijawek zmieniły  się w popiół. Mogłam już odetchnąć mimo to, obraz stawał się coraz bardziej rozmazany. Nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu, miecze wyślizgnęły mi się z dłoni.
- Mo! - usłyszałam dziewczęcy głos, chyba należał do Octavii - Wszystko w porządku?
Chciałam odpowiedzieć "nie", ale z moich ust wydobył się tylko słaby warkot, osunęłam się na ziemię.
- Hej, spójrz na mnie- starała się utrzymać  ze mną kontakt - Nie zamykaj oczu!
Próbowałam, naprawdę próbowałam wykonać jej polecenia, ale moje powieki stały się ciężkie, jakby były z ołowiu. Chwilę trwała walka zanim ją przegrałam. Pochłonęła mnie ciemność. 
 ~~*~~*~~*~~

W jednej chwili poczułam paraliżujący ból. Minęła chwila zanim, zaczęły docierać do mnie głosy. 
- Jak ona się czuje? - zapytał niski, męski głos.
- Nie długo powinna się obudzić - odpowiedziała Octavia - Zerwała stary szef, straciła przez to dużo krwi.
- Nie powinno jej tam być - mruknął ktoś. O prychnęła.
- Mo, nie ominęła by żadnej walki - odpowiedziała - ale , tak to było nieodpowiedzialne.
Otworzyłam z trudem oczy, poraziło mnie białe światło. Byłam w sali szpitalnej. Zamrugałam a mój obraz się wyostrzył. Na moim łóżku siedziała O, a na przeciw mnie w charakterystycznych pozach ze skrzyżowanymi rękami na piersi Adam, Jack i Murphy. Wszyscy byli w czarnych strojach do nocnych łowów.
- Hej, śpiąca królewno - powiedział ostatni, gdy zobaczył, że otworzyłam oczy.
- Hej - wychrypiałam, ale natychmiast po mojej warzy przemknął grymas.
- Jak się czujesz? - zapytała O i wygładziła pościel.
- W porządku - odpowiedziałam słabo.
- Indra kazała cię odesłać na tydzień do domu. Musisz odpocząć przed ślubowaniem, dlatego przesunęła je o kilka dni. - powiedziała.
Indra przesunęła ślubowanie? Spojrzałam na Adama. Nie wykonał żadnych gwałtownych ruchów, które mogły by nas zdradzić.
- Nie, nie mogę... - szepnęłam.
- Mo, to jest rozkaz - stwierdził rzeczowo Jack.
Nie odpowiedziałam uśmiechnęłam się sztucznie.
- Odwiozę cię do domu, jak będziesz gotowa - obiecał Adam.
- Nie trzeba, umiem prowadzić - warknęłam.
- Polecenie Indry - powiedział i spojrzał mi w oczy. Chciał dopracować plan.
- Spoko - mruknęłam niezadowolona - To ja idę się spakować. 
Chłopcy wyszli, a ja przebrałam się w strój jak przyniosła mi przyjaciółka. Czarne spodnie z dziurami, czarna luźna koszulka i bordowa bluza z zamkiem błyskawicznym a do tego moje ulubione, przetarte już glany.
- Pomóc cie się spakować? - zapytała dziewczyna.
- Nie dzięki. I tak teza pójdę zobaczyć się z Liamem - rzuciłam i mocna przytuliłam ją - Opiekuj się nim, proszę.
- Jasne - odpowiedziała - Wracaj do zdrowia.
- Postaram się - odpowiedziałam i wyszłam z pomieszczenia. 
Skierowałam się się pokoju, kilka drzwi dalej. Otworzyłam ostrożnie drzwi i weszłam do środka. Chłopak był podłączony do aparatury, spał. Nie chciałam go budzić. Znalazłam kawałek kartki i nabazgrałam szybko
Jestem na zwolnieniu, wracam za tydzień. Wracaj do zdrowia.
 Buziaczki 
~M
Szybkim krokiem dotarłam do swojego pokoju. Wyjęłam torbę z książkami i spakowałam te które zostawiłam na biurku, ostatnim razem. Właśnie układałam ubrania i wkładałam do niewielkiej torby sportowej, gdy ktoś zapukał do drzwi. 
- Wejdź - powiedziałam.  W progu stanął Adam, zdążył przebrać się w luźne, szare jeansy i ciemno zieloną koszulkę. 
- Hej, gotowa? - zapytał i zamknął za sobą drzwi. 
- A wygląda to jakbym była gotowa? - wskazałam na porozrzucane po łóżku ciuchy.
- No nie - stwierdził marszcząc brwi.
- No właśnie - westchnęłam - Usiądź sobie, jak znajdziesz gdzieś miejsce, to może chwilę potrwać.
Chłopak prychnął i zaczął przeglądać półki z książkami a ja wkładałam ubrania do  torby.
- Zaraz wracam - mruknęłam - idę po kosmetyczkę - zniknęła za drzwiami łazienki. 
Spakowałam co trzeba i wróciłam do pokoju.
- Piszesz wiersze? - zapytał wskazując notes.
- Próbuje - odpowiedziałam i zapięłam torbę - Gotowe!
- Mogę?  - zapytał wskazując na notes.
- Może innym razem - odpowiedziałam i zabrałam mu moje wypociny.
- Trzymam cię za słowo- powiedział - idziemy?
- Nom - mruknęłam a chłopak wziął moje torby.
Po chwili szliśmy już, po parkingu umieszczonym na piętrze -2, był ogromny, niemal każdy tutaj miał własny samochód. Adam otworzył mi drzwi do czarnego suva po stronie pasażera, schował torby do bagażnika i usiadł za kierownicą. Otworzyłam pilotem drzwi do garażu, a później bramę.
- Prowadź - powiedział. 
- Prosto, później zjedź na autostradę - poinstruowałam. Rozsiadłam się wygodniej w fotelu. Brunet włączył radio. Wsłuchałam się w słowa piosenki My Chemical Romance - Mama.(https://www.youtube.com/watch?v=YUIsCkyxLTk)

We’re damned after all./W końcu jesteśmy przeklęci,
 Through fortune and flame we fall./Przez bogactwo i płomień spadam 
And if you can stay then I’ll show you the way,/ I jeśli zostaniesz, pokaże ci drogę 
To return from the ashes you call./By powrócić z popiołów, które przywołujesz
 
We all carry on,/My wszyscy idziemy dalej,
 (We all carry on)
When our brothers in arms are gone,/
W chwili, gdy nasi wojenni bracia już odeszli 
(When our brothers in arms are gone)

So raise your glass high,/
Więc wznieś toast
 For tomorrow we die,/Za to, że jutro umrzemy 
And return from the ashes you call./I powrócimy z popiołów, które przywołujesz

Ka akara aka-agọzi gị, agha -Niech los wam błogosławi.
__________________________________________________________________________ 

Hej,
  Kolejna zmiana planów, postanowiłam  dopisać do końca to opowiadanie ( jeszcze  około 8-9 rozdziałów) i  dopiero jak skończę to, to napiszę drugą część We have to survive. Dlaczego? Ponieważ, jestem teraz w trzeciej klasie gimnazjum, niedługo mam egzamin gimnazjalny i egzaminy do liceum i bardzo mi zależy, na ocenach końcowych, bo całe dwa i pół roku się nie przykładałam, a pisanie dwóch opowiadań na raz miesza mi w głowie
  Co sądzicie  o Adamie? I jego relacjach z Mo? Co Waszym zdaniem będzie dalej z Liam'em? I skąd biorą się ataki?   Mam nadzieję, że podoba się wam ten rozdział i mam nadzieję, że zostawicie swoją opinię w komentarzach. Cyba nie muszę mówić jak wielką dla mnie są motywację.
Pozdrawiam,
Wolfslower.  

wtorek, 26 stycznia 2016

Rozdział 6 "Bezsenność"

Ten rozdział dedykuje Madzi L. za komentowanie każdego rozdziału.
Margo

- Jak cię zwą? - zapytałam.
- ọdụm. *
- Ya mere Leo m na gị ụgwọ. M ga-emezu ihe ọ bụla ị na-ajụ m. **
- Ọ bụ ihe m ihe ùgwù Hummingbird*** - chłopak uśmiechnął się do mnie i wyszedł z pomieszczenia.
Ja szybko posprzątałam pomieszczenie i ruszyłam do sali obrad. Miałam mnustwo papierkowej roboty. Po drodze myślałm o tym co powiedział chłopak. Może rzeczywiście miał racje, może powinnam się wyswobodzić? Sala konferensyjna składała się z długiego ciemnobrązowego stołu i krzeseł do kompletu. W rogu na przeciwko stołu stały dwa masywne fotele a pośrodku niski stolik kawowy. Sierowałam się do drzwi znajdujących sie po mojej lewej i znalazłam się w archiwum. Sztuczne bękitne światło oświetlało wiele rzędów, metalowych półek wypełnionych aktami przestępców, których wyeliminowanych, uniewinnionych lub tych którzy dostali drógą szansę. Chwyciałam jedno z pódeł stojących w kącie i wróciłam do sali komferencyjnej. Rozsiadłam się na środku i rozłożyłam papiery. Nie lubiłam tego obowiazku, w tej chwili w moich rękach spoczywałao wiele ludzkich żyć. Moim zadaniem mianowicie było posegregowanie teczek w trzy grópy: tych winnych do wyeliminowania, tych którzy nie byli groźni można uznać ich za niwinnych i tych których trzeba nastraszyć, żeby wrócili na właściwą drogę w przeciwnym razie wyladują w tej pierwszej gromadce.
Następne kilka godzin spędziłam, uważnie czytając dokumęty. Nie chcialam popełnić, zadnego błedu ale też marzyłam, żeby móc iśc już spać. Powieki stawały się coraz ciężejsze, a stos teczek ułożony po mojej prawej wcale się nie zmniejszał. Na podstawie mojej dzisiejszej pracy Inra będzie wysyłaś nas na misje. Nie może się zdażyć, że nie będzie do rozdania żadnych aktów. Ze skupienia wyrwało mnie stukanie w drzwi. Po chwili ukazali się w nich Ben, Murphy i Octavia.
- Hej – mruknęłam wracając wzrokiem do swojej pracy.
- Hej, słyszeliśmy, że trzeba ci pomóc - powiedziała O.
- Radzę sobię – odparłam.
- Jasne, jasne – mruknął Murphy i usiadł na przciwko mnie a zaraz obok niego Ben. Octavia natomiast usiadła obok mnie . Każde wizięło teczkę i skupiło na niej uwagę.
- Mo, co o tym myślisz - brunetka podała mi teczkę.
Na pierwszej stronie widnoało zdjęcie mężczyzny około czterdziestu lat.
- Oskarżony o morderstwo żony i dziecka. Nie przyznaje się do winy – przeczyałam na głos.
- Przeczytaj jego zeznanania – Polecił Ben – odkładając akat którymi aktualnie sie zajmował.
Przeleciałam wzrokiem po zeznaniach.
- Upiera się, że on w życiu nie skrzywdziłby swojej rodziny i że zostal wrobiony. Zapytany o to czy ma podejrzenia, kto mógłby to zrobic unika odpowiedzi. Jak dotąd nie karany. Sosiedzi wspominają, że wcześniej słyszeli kłótnie, ale wytpowiadają się o nim jako o spokojnym i trosliwym człowieku. Uważają, że niebyły do tego zdolny.
- Nigdy nie wiadomo jakie demony czają sie w czowieku – podsumował Murphy.
- Coś tu śmierdzi – stwierdziałam – Jak można zabić kobietę którą poślubił i to jeszcze w pokoju dziecka.
- Zapytaj tego gościa – mruknął Murphy.
Ben siedział w skupieniu, analizując dostarczone mu informacje.
- Czy wspomniano o jakichś konfliktach z mafią ?– zapytał. Przejrzałam jeszcze raz papiery.
- Nic – odpwiedziałam – piszą jeszcze, że ofiary zostały zadźgane. Oskarżony upiera się, że nigdy nie widział tego noża i jest niemal pewny, że nie było takiego noża w kuchni.
- To nie wygląda mi na mafię – Stwierdziła O.
- Ale znów, jeśli nie widzial tego noża to skąd tam jego odciski palców.
- Zajmę się tym – zadecydował Ben – Sprawdzę poszlaki, przesłucham świadków i tym podobne, może uda mi się coś znaleźć.
- Pomogę ci – powiedziała Octavia.
- W porządku, musimy iść jutro do Indry i prosić o zezwolenie na misję – zwrócił się do brunetki.
- Po trzydziestu minutach, wszystkie akta były przejrzane.
- Dzięki za pomoc - siędo towarzyszy.
- Do usług – powiedział Murphy i póścił do mnie perskie oczko.
- To ja idę przygotować się do szkoły – Mruknełam nie zadowolaona z faktu, że jutro poniedziałek.
- Do zobaczenia – powiedziała O i mocno mnie przytuliła.
Ruszyłam szybkim krokiem w stronę mojego pokoju. Wzięłam szybki prysznic i od razu przebrałam się w piżamę. Dopiero teraz mogłam wziąść się za odrabianie lekcji. Po półtorej godziny wszystko było gotowe. Jednak zasnącnie dawały mi dzisiejsze słowa Adama, niby nic o czym wczśniej bym nie wiedziała, ale wyraz jego twarzy gdy to mówił, był śmiertelnie poważny. Po wielu bezskutecznych próbach zaśnięcia, spowrotem przebrałam sie w “mundór i wygrzebałam staranie ukrytą paczkę papierosów i schowałam do bocznej kieszeni w spadniach na wysokości kolana. Wymknęłam się po cichu z pokoju a drzwi zamknęłam na klucz. Pmknęłam po schodach przez dwa kolejne piętra i schowałam się w bibliotece. Skierowałam się do okna najbliżej, przeciwnej ściany. Otworzyłam je na ościęż i wymknełam się na dach. Ostrożnie pokonałam drogę dzielącą mnie do płaskiej części dachu. Dopiero teraz mogłam oddetchnąc pełna piersią. Może to głupie ale tylko tu czułam się teraz tak na prawdę wolna i bezpieczn mimo, że od ziemi dzieliło mnie jakieś pięć pięter.
Odpaliłam szluga i mocno się nim zaciągnęłam. Wypuszczając dym, uśmiechnęłam się do siebie. To był dla mnie najlepszy sposób na bezsenność. W tym miejscu, zmieniałam się tylko ja, przychodziłam tu odkąd odkryłam to miejsce. Miałam wtedy około 11 lat, z czasem do mojego przesiadywania tutaj doszły używki, ale łamanie zasad Watahy sprawiało mi swoistą przyjemność. Moją czujność wzpudziły odgłosy cichych kroków, szybko zgasiłam papierosa.
- Spokojnie, to tylko ja – powiedział głos z ciemności, był to Adam.
- Jak mnie tu znalazłeś? - zapytałam.
- W zasadzie to cię nie szukałem – odparł.
- W porządku – rzuciłam.
- Mogę? - zapytał wskazując miejsce obok mnie.
- Jasne.
- Ładnie to tak, palić po nocach? - zapytał z uśmiechem.
- Miałam problem z zaśnięciem – przyzanałam.
- Ja też – mruknął.Wyciągnełam w jego stronę paczkę i zapalniczkę.
Chłopak poczęstowła się bez wachania. Nie był grzecznym chłopcem. Sama też wzięłam jednego i odpaliłam. Siedzieliśmy w milczeniu, a chmura dymu łączyła się w jedno, zanim rozwiał ją wiatr. Myślałam, że będzie mi przeszkadzać tutaj obecność, zupełanie obcego mi chłopaka, ale tak nie było. Jego obecnoś była w pewnym sesie uspokoajająca.
- Mogę zadać ci pytanie? - Zapytał.
- Już to zrobiłeś – odparowałam, wypuszczając dym z płuc.
- Często tu przchodzisz? -nie dał się zwieśc z tropu chłopak.
- Czy ja wiem, raz na jakiś czas. Spokojnie jeszcze nie zdążyłam sie uzależnić. Jak udało ci sie znaleźć to miejsce. – mruknęłam.
- Wszystkie budynki Organizacji wyglądają niemal tak samo – odparł.
- Jak tam było? - zapytałam niepewne, po chwili ciszy.
- Gdzie?
- W tej Watasze z której pochodzisz? - dopytywałam się.
- Podobnie jak w tej. Grupka ludzi z którymi dorastałem, któych znałem od dziecka, z którymi trenowałem- spojrzałam na niego, patrzył w gwieździste nieb, powoli wypuszczając struszkę dymu.
- Musiało być ci ciężko, zostawić to wszystko – podsumowałam.
- Taaa – stwierdził - Wracamy ? - zapytał, chcąc uniknąć dalszych rozmów na ten temat.
Brunet wstał i podał mi rękę, którą chwycłam po chwili wachania. Po kilku minutach staliśmy już w bibliotece.
- Ọ dị mma ịgwa, na Hummingbird*
- m na- **
- Idź pierwsza – polecił szeptem.
Kiwnęłam głową i wymknęłam się nie korytarz. Bezszelestnie zbiegłam do mojego pokoju.
Schowałam dokładnie paczkę papierosów i przebrałam się z powrotem w piżamę złożoną z męskiej koszulki któregoś z chłopaków i położyłam się do łóżka. Myślałam o tym ile sekretów skrywa Adam. Musiał wiele przejść, ja nie wyobrażam sobie co bym zrobiła, gdyby teraz mnie przenieśli. Po chwili moje myśli zaczęły płynąć coraz wolniej, a ja wpadłam w objęcia Morfeusza.
Maaamo! - Krzyczała mała dziewczynka, łudząco przypominała mnie. Nie otrzymała odpowiedzi – Maaaaaaaaaamo! Mamusiu! - krzyczała, biegnąc długim korytarzem, który zdawał się nie kończyć- Maaaamo! - Nie przestawała. Znałam zakończenie tego snu. Śnił mi się bardzo często- Maaaammmmmmuuuuusssiiiuuu! - Nie dawała za wygraną. Nagle usłyszałam dźwięk alarmu i obraz zaczął się zamazywać.
Gdy otworzyłam oczy. Mój pokój wypełniało pulsujące czerwone światło. Mogło oznaczać to tylko jedno: alarm.
- Co do cholery? - mruknęłam, niezdarnie wstając z łóżka. Po chwili byłam już w mundurze i pędem ruszyłam do zbrojowni.

* Miło się rozmawiało, Kolibrze.
** Mi również.
_______________________

Hej kochani,
Tak, wiem, że dzisiaj powinien pojawić sie rozdział WHTS, ale nie mam go ukończonego a jestem poza domem, wiec w zamian dodaje ten rozdzał, bo napisałam go wcześniej , a później dwa tygodnie pod rząd dodam WHTS. 
Rozdzaił ten dodaje z komórki, więc jest niesprawdzony, z góry przepraszam za błędy oraz zachęcam do komentowania, ponieważ Wasza opinia jest dla mnie ogromną motywacją. 
Pozdrawiam,
Wasza Wolfslower.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Rozdział 5 "Zimne dzieci śmierci"

Margo

- Nie skrzywdzicie go! -krzyknęłam. 
- A widzisz inne wyjście? - odezwał się ktoś inny, nie dbałam o to kto. 
- Tak – powiedziałam stanowczo.

- Jakie niby? - chłopak zrobił kilka kroków i stanął niebezpiecznie blisko.
 - Wytrenuję go, stanie się jednym z nas – rzuciłam. Nie było tego w planach. Spojrzałam na chłopaka stojącego w kącie – Witaj w watasze napụtara (uratowany)
Liam stał z przerażeniem widocznym na twarzy. Wyjęłam zza pleców moją ktanę i odwróciłam się w stronę towarzyszy zwróciłam ostrze w stronę drzwi.
- Tam są drzwi – warknęłam patrząc kolejno, każdemu w oczy. Wyszli po chwili wachania a ja gwałtownie odwróciłam się w stronę drżącego chłopaka – Nic ci nie jest? - zapytałam.
- Nnnie – jęknął – Mogłabyś? - szepnął patrząc intensywnie na ostrze.
- Jasne – rzuciałam i odłożyłam katanę na miejsce, ostrożne zrobiłam kilka kroków w stronę blondyna – Wybacz, rzadko pojawia się tu ktoś z zewnątrz. Właściwie to jest to zakazane – usiadłam na brzegu jego łóżka – Udziądź, proszę.
Liam wykonał moje polecenie, siadając jak najdalej odemnie.
- Czy wy... - spojrzał na mnie niepenewnie – zabijecie mnie teraz? 
- Liam, nie po to narażałam własne życie, aby teraz pozwolić cię zabić - odparłam spokojnie. 
-Więc, co teraz ze mną będzie? 
- Staniesz się jednym z nas – szepnęłam. 
- Mam lepszy pomysł – odezwał się niski głos w drzwiach. 
Odwróciłam się gwałtownie, o framugę drzwi nonszalancko opierał się Adam. 
- Chłopak nie przeżyje, ma za mało czasu żeby nauczyć się tego, czego my uczymy się latami – dorzucił, ruszając w naszą stronę.

- Więc, jaki jest twój plan? - zapytałam zdezorientowana. 
- Musisz mi zaufać – powiedział patrząc mi w oczy. Odwróciłam wzrok.
- Daj mi powód – odparłam. 
- Jak sobie życzysz. Możemy porozmawiać na osobności – zwrócił się do mnie – Wątpię żeby twój chłopak potrafił dotrzymać tajemnicy. 
- To nie jest mój chłopak. Miłość jest słabością – odpowiedziałam bez zawahania i ruszyłam w jego stronę. 
- Doprawdy tak uważasz – prychnął. 
- Nie twój interes – warknęłam. 
- Wiec jaki jest twój plan? - zapytałam już za drzwiami. 
- To nie jest odpowiednie miejsce. Ściany mają uszy. Choć przy okazji trzeba opatrzyć ci rany – powiedział stanowczo. 
- Nie zostawię Liama bez opieki – zaprotestowałam.
- Martwa mu nie pomożesz. Poprosiłem twoją ciemnowłosą przyjaciółkę o pomoc.
- Dzięki – powiedziałam. 
- To jednak w twoim słowniki istnieje te słowo? - zażartował i ruszył za mną do miejsca, gdzie obudziła się dziś rano. 
- Taaa, na liście słów najrzadziej używanych – mruknęłam. 
Brunet parsknął śmiechem. Resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu.
- Mogę zobaczyć twoją ranę? - zapytał. 
- Jasne – mruknęłam i bez żadnego zażenowania ściągnęłam koszulkę. Takie sytuacje były dla nas codziennością. Chłopak przelotnie spojrzał na moją pokrytą wieloma bliznami i szramami skórę.
- Trzeba będzie to zszyć – stwierdził – Gdzie trzymacie …
- Lewa szafka, trzecia od dołu półka – środki do dezynfekcji, resztę znajdziesz w komodzie w pierwszej szufladzie – przerwałam mu.
Chłopak znalazł bez problemu potrzebne medykamenty.
- Połóż się – rzucił i usiadł po mojej lewej – Teraz trochę zapiecze – mruknął.
Odwróciłam gwałtownie głowę w jego stronę i posłałam spojrzenie pod tytułem „serio?”
- Jestem wojownikiem – warknęłam.
- Wybacz, to z przyzwyczajenie. Moja młodsza siostra ciągle pakowała się w kłopoty. Chciałam o nią zapytać, ale chłopak najwyraźniej nie chciał mi o niej opowiadać, leżałam w milczeniu i zastanawiałam się jaki plan ma chłopak.
- Dlaczego mi pomagasz? - Zapytałam patrząc na jego pogrążoną w skupieniu twarz.
- Bo jesteś ranna. Tak postępujemy. - odpowiedział wymijająco.
Ty masz inne powody, nie chodzi mi tu tylko o moje rany.
Chłopak zrobił supeł i odciął nić, następnie podał mi koszulkę.
- Bo, ratując chłopaka pokazałaś, że nie wyprali ci jeszcze mózgu – powiedział poważnie. 
- Co masz na myśli.
- Na prawdę tego nie widzisz? Tego co się tu dzieję? Wmawiają wam, że emocje są słabością, zmuszają do ciągłej posłuszności, przestrzegania żelaznych zasad, jesteśmy własnością Indry i innych dowódców, jeżeli Oni każą nam zabić najlepszego przyjaciela, zrobimy to bo jesteśmy ich zabawkami. Jesteśmy arsenałem broni, bez uczuć, emocji, zimne dzieci śmierci – mówił patrząc mi w oczy. Był śmiertelnie poważny.  
- To nie tłumaczy dlaczego mi pomagasz - mruknęłam.
- To, że ratując tego chłopaka, udowodniłaś, że nie udało im się wyplenić w tobie człowieczeństwa – odpowiedź nie była taka jakiej się spodziewałam. Wolałam uniknąć, dalszej rozmowy na ten temat. Chłopak miał rację.
- To jaki mamy plan? - zapytałam.
- Sfingujemy jego śmierć – odparł spokojnie.
- Co?!? - krzyknęłam.
- Ciszej – warknął – Musisz mi zaufać.
- Jak mam to zrobić, nic o tobie nie wiem – wzburzyłam się.
  - Ja o tobie też i nie robię ci wyrzutów, że nie opowiedziałaś mi całe swojej historii na dzień dobry- warknął – plan jest taki, będziesz go trenować przez kilka dni, graj na czas. Indra na pewno w tym czasie pośle go do szkoły, pod twoją obserwacją, żeby nikt nie podejrzewał zniknięcia. Ja w tym czasie załatwię mu fałszywe papiery. Chłopak zostanie napadnięty podczas twojego ślubowania.
- Kto i jak to zrobi? Czy stanie mu się jakaś krzywda?
- Nie, to jest prawie całkowicie bezpieczne, pod względem fizycznym oczywiście. Podczas twojego ślubowania wszyscy będą musieli być obecni ale ktoś wisi mi przysługę. Przez co pozbędziemy się podejrzeń. To jedyny sposób, żeby przeżył.
- Adam, wiesz, ze nie musisz się narażać – jęknęłam – Ten plan jest cholernie niebezpieczny.
- Nic mi nie będzie. Tylko nie mów chłopakowi – powiedział i się uśmiechnął.
- Jak cię zwą? - zapytałam. 
- ọdụm. *
- Ya mere Leo m na gị ụgwọ. M ga-emezu ihe ọ bụla ị na-ajụ m. **
- Ọ bụ ihe m ihe ùgwù Hummingbird*** - chłopak uśmiechnął się do mnie i wyszedł z pomieszczenia.
Ja szybko posprzątałam pomieszczenie i ruszyłam do sali obrad. Miałam mnustwo papierkowej roboty. Po drodze myślałm o tym co powiedział chłopak. Może rzeczywiście miał racje, może powinnam się wyswobodzić?

    *Lew.
    ** Lwie, jestem twoją dłużniczką. Spełnię o cokolwiek mnie poprosisz. 
    *** To dla mnie zaszczyt, Kolibrze.

     __________________________________________________________


    Hej kochani,
     Przepraszam, ze rozdział nie pojawił się w sobotę ale nie było mnie w dobo przez kilka dni, a poza tym to dopadł mnie brak weny. Mam teraz ferie co sprawia, że jestem bardziej leniwa niż zawsze.
    Mam nadzieję, ze mi wybaczycie to zarówno jaki i fakt, że rozdział jest krótki i  wieje nudą.
    Pozdrawiam,
    Wasza leniwa Wolfslower. 


     

niedziela, 17 stycznia 2016

I LBA

Dziękuję za nominację Madzia L, jej blog ---> http://destructionisclose.blogspot.com.


1. Ile masz lat?
Mam 15 lat.

 2. Od jakiego czasu piszesz? 
Od około 2 lat.

3. Jaką masz ulubioną książkę i dlaczego?
 Moja ulubiona książka to "Twierdza"  F. Paula Wilsona. 
Polecam każdemu.

4. Co chciałbyś/chciałbyś robić w przyszłości? 
Chciałabym zostać malarką :)

5. Gdzie chciałabyś/chciałbyś zamieszkać i z kim?
Chciałabym mieszkać w Wielkiej Brytanii.

6. Masz jakieś wymarzone zwierze? 
Tak, chciałabym mieć duuuużego psa, ale mama ma uczulenie na sierść.

7. Jakie oglądasz seriale? 
No to oglądam: Teen Wolf, The 100, The Flash, Arrow, Shadowhunters i to w sumie tyle.

8. Ulubione ciasto?
 Szarlotka babci jest the best.

9. Jaki zapach lubisz najbardziej?
 Kawy <33

 10. Jaki masz styl? 
Jeśli chodzi o styl to tak na rock'owo. Glany i te sprawy...

11. Sam/Sama wymyśl pytanie i na nie odpowiedz.
Największe marzenie?
Chciałabym spełnić wszystkie punkty z mojej listy  rzeczy do zrobienie przed śmiercią :D



Nie nominuję nikogo, mam nadzieję, że się nie obrazicie. 
Jak ktoś ma jakieś pytanie, to możecie mi je zadać w komentarzach :)
Pozdrawiam,
Wasza Wolfslower.